Mapa serwisu Ukrainian English Slovak
ARTYKUŁY

Artykuły
www.porteuropa.eu
Opublikowano 18.02.2010

Po co nam marmury na granicy...

   Przyczyn tego stanu rzeczy jest oczywiście wiele,
ale wydaje się, że najważniejszym jest irracjonalne dążenie do budowy na granicy nie tyle zwykłych terminali, co horrendalnie drogich pałaców, projektowanych w iście bizantyjskim stylu. Projekty nowych przejść granicznych, zaproponowane przez stronę polską, imponują nowoczesnością, wysokiej jakości materiałami i wykończeniem, jednak pytanie: czy aby na pewno ten pałacowo-unijny rozmach jest nam na granicy potrzebny?

   Jak wiadomo, Polska może sobie na takie luksusowe przejścia graniczne pozwolić, bo i tak około 70-80% potrzebnej na projektowanie i budowę kwoty pochodzi z funduszy unijnych. Strategia budowy jak najdroższych, jak najbardziej „wypasionych” terminali wiąże się również z typową dla polskich urzędników strategią „wyciskania brukselki”. Sęk w tym, że inwestycje w przejścia graniczne wymagają symetrycznych działań po stronie ukraińskiej. Tymczasem Ukraina nie tylko nie może liczyć na tak hojne wsparcie unijne i musi de-facto zbudować te wszystkie marmurowe pałace za własne środki, ale też posiada o wiele bardziej ograniczone możliwości budżetowe, niż zamożniejsza od niej Polska.

   Efekt? Strona ukraińska po kilka lat zwleka z odpowiedzią na noty dyplomatyczne, wystosowane przez polski MSZ w sprawie budowy nowych przejść granicznych i modernizacji istniejących. Można to częściowo tłumaczyć urzędniczym lenistwem i niedbalstwem, ale główny powód jest jednak oczywisty: jest nim obiektywny brak pieniędzy. O ile Ukraina znalazłaby w budżecie pieniądze na budowę mniej nowoczesnych, wręcz prowizorycznych terminali za 2-3 miliony złotych każdy, to na budowę na granicy marmurowych pałaców za 40 milionów nikt rozsądny się nie zgodzi. Zresztą, jaki jest sens z tego przepychu, skoro po opuszczeniu supernowoczesnego przejścia podróżni i tak trafiają na dziurawą drogę i zaniedbane wioski?

   Tymczasem zamiast budować marmurowe pałace, lepiej za cenę jednego supernowoczesnego terminalu zbudować piętnaście prowizorycznych punktów odpraw: z najtańszych materiałów, czy wręcz z kontenerów biurowych. Przepisy dotyczące ochrony zewnętrznej granicy Strefy Schengen w żaden sposób nie uniemożliwiają zastosowania tanich materiałów – ważne, by zapewnić odpowiednią ochronę i umieścić w tych budynkach modułowych nowoczesny sprzęt, np. skaner do wykrywania przemytu. W ten sposób, stosując tanią technologię, można na najciekawszych odcinkach polsko-ukraińskiego pogranicza szybko stworzyć sieć turystycznych przejść granicznych, w tym pieszych i rowerowych, które są tak potrzebne zwłaszcza w Bieszczadach, na Roztoczu i w rejonie Jezior Szackich (w tym ostatnim przypadku z uwzględnieniem przeprawy promowej przez Bug).

   Gdyby taki manewr przeprowadzić dziesięć lat temu, dziś na tych terenach kwitłaby turystyka (zwłaszcza agroturystyka i turystyka rowerowa), co wyciągnęłoby z biedy całe przygraniczne wioski i miasteczka, zwłaszcza po stronie ukraińskiej. A to z kolei sprawiłoby, że przynajmniej część mieszkańców nie zajmowałaby się przemytem i nie blokowała w ten sposób granicy, zamiast tego zarabiając na życie np. wynajmowaniem pokoi turystom.

   My tymczasem wolimy się uprzeć i wbrew zdrowemu rozsądkowi budować marmurowe pałace. Efekt tego marnotrawstwa szczególnie dobrze widać na nowo zmodernizowanym przejściu w Hrebennem. Spośród około dwudziestu pasów odpraw dla samochodów, z reguły działają tylko trzy-cztery, gdyż... brakuje kadry. Pieniądze na marmury się znalazły, natomiast zabrakło ich na zatrudnienie nowych funkcjonariuszy i na stworzenie pasa odpraw dla pieszych, przez co ta kategoria podróżnych jest na granicy dyskryminowana.

   Warto równocześnie zauważyć, że jednym z głównych celów polskiej polityki zagranicznej jest dążenie do przyłączenia Ukrainy do Unii Europejskiej i Strefy Schengen, czego chce również oficjalny Kijów i sami Ukraińcy. Jasne, że nie stanie się to w najbliższym dziesięcioleciu, ale powinniśmy założyć, że za 20-30 lat Ukraina będzie już w Unii i Schengen – a wtedy przejścia graniczne nie będą już potrzebne.

   Po co w takim razie budować tak ogromnym kosztem obiekty z marmuru, które będą użytkowane jedynie dwa dziesięciolecia, a później będą stały puste? Pomników podobnej urzędniczej głupoty mamy już wystarczająco wiele na zlikwidowanej granicy polsko-słowackiej i polsko-niemieckiej. Skoro za 20-30 lat przejścia nie będą już potrzebne, to nowe punkty odpraw należy z premedytacją budować z tanich materiałów, traktując je jako obiekty tymczasowe, których eksploatacja przewidziana jest na 30 lat.

   Tymczasem polski MSZ zatwierdza projekty „wypasionych” terminali, których czas eksploatacji opiewa na 70 lat i więcej. Czyżby urzędnicy z alei Szucha sami nie wierzyli w głoszone przez siebie hasła i zakładali fiasko głównych celów polskiej polityki zagranicznej? Niestety, wszystko na to wskazuje.

Nie taka droga Słowacja, jak to górale malują...

   Opinie o rzekomej słowackiej drożyźnie, wywołanej konwersją koron na euro, nie mają potwierdzenia w danych statystycznych. Według Eurostatu, wzrost cen spowodowany przejściem z narodowej waluty na euro był najmniejszy spośród wszystkich krajów, które przyjmowały wspólną walutę i wyniósł ułamki procenta. Co więcej, wielu właścicieli sklepów czy restauratorów wręcz zaokrąglało ceny w dół, aby tylko nie narazić się na dotkliwe sankcje, grożące za zawyżanie cen przy okazji zmiany waluty.

   Skąd, więc rozpowszechniony w Polsce mit „drogiej Słowacji”? Przede wszystkim wynika on z nadzwyczajnego zbiegu okoliczności: Słowacja przyjęła euro w ostatniej chwili przed początkiem kryzysu, który spowodował gwałtowne osłabienie się kursu środkowoeuropejskich walut względem euro. Upraszczając, ceny na Słowacji pozostały bez zmian lub nawet obniżyły się, jednak osłabienie złotówki czy forinta spowodowało, że siła nabywcza polskiego czy węgierskiego klienta na kilka miesięcy znacznie się osłabiła.

   W tym całym zamieszaniu autorzy opinii o „drogiej Słowacji” nie zauważyli jednej ważnej rzeczy: po początkowym gwałtownym osłabieniu z początku 2009 roku, złotówka od kilku miesięcy sukcesywnie odrabia straty. Jeszcze w lutym zeszłego roku za euro trzeba było zapłacić aż 4,8 złotych, a obecnie kurs waha się wokół 4,0 – 4,1 PLN/EUR. A to oznacza, że obecnie towary i usługi na Słowacji, w przeliczeniu na złotówki, są o 20% tańsze niż przed rokiem.

   Rozpowszechnienie w Polsce informacji o „słowackiej drożyźnie” poważnie uderzyło po kieszeni tamtejszych restauratorów i hotelarzy. Jak pisze dziennik SME, o ile dotychczas w podtatrzańskich wioskach Ždiar i Javorina zdecydowaną większość turystów stanowili Polacy, to teraz gości z Polski można policzyć na palcach jednej ręki?. Chcąc nie chcąc, słowaccy przedsiębiorcy musieli, więc znacząco obniżyć ceny – nawet o 15-20%, a także popracować nad polepszeniem jakości swoich usług.

   W efekcie, obecne ceny (w przeliczeniu na złotówki) na Słowacji powróciły do poziomu z 2007-2008 roku, czyli sprzed wprowadzenia euro. Dla Polaków Słowacja (usługi turystyczne) jest teraz o jakieś 30% tańsza, niż przed rokiem. Mit „drogiej Słowacji” jednak w Polsce pozostał, podsycany przez publicystów niechętnych wprowadzeniu w Polsce euro oraz przez zakopiańskich górali, którzy w ten sposób skutecznie pozbyli się konkurencji z południa.

   Paradoksalnie, taka polityka może jednak w dłuższej perspektywie Zakopanemu zaszkodzić: korzystając ze złej passy Słowackich Tatr, Podhale osiadło na laurach i nie unowocześnia swojej infrastruktury oraz nie rozwiązuje coraz bardziej palących problemów transportowych i ekologicznych. Tymczasem Słowacy zrozumieli, że skoro nie mogą z Zakopanem konkurować ceną, to muszą wygrywać jakością. Widać to ewidentnie na przykładzie nowo otwartych stoków w Tatrach Wysokich i Niżnych czy na Orawie, jak również w rozwoju popradzkiego lotniska, które zyskało kilka regularnych połączeń do europejskich miast, m. in. Warszawy, Londynu czy Brukseli.

   Aby jednak nie zostać posądzonym o propagowanie konkurencji dla Zakopanego, co mogłoby skończyć się dla autora uznaniem go pod Giewontem za persona non grata, warto popatrzeć na Słowację pod trochę innym kątem. W Polsce często zapomina się, że Słowacja – to nie tylko Tatry, orawskie stoki czy aquaparki na granicy z Polską, ale także wspaniałe miasta, zamki i winnice w głębi kraju. Jeśli więc już mówimy o zwiedzaniu Słowacji, to należałoby rozpocząć je od słowackiej stolicy, która pozostaje jakby w cieniu innych środkowoeuropejskich miast, takich jak Praga, Budapeszt, Wiedeń czy nawet Lwów. O tym mieście można napisać wiele, ale ze względu na ograniczoną ilość miejsca wskazane będzie odesłanie zainteresowane osoby na strony www.bratislava.sk czy www.porteuropa.eu, gdzie można znaleźć więcej informacji na bratysławskie tematy.

   Bratysława jest też doskonałym przykładem na to, że Słowacja wcale nie jest takim drogim krajem, jak jest to przedstawiane w polskich mediach. Owszem, ceny są tu wyższe niż w Czechach czy na Węgrzech, ale wynika to między innymi ze stosunkowo dobrej kondycji gospodarczej Słowacji, która w ostatnich latach rozwijała się szybciej od swoich sąsiadów. I o ile Słowacy jeżdżą na tańsze zakupy na Węgry czy Ukrainę, to ogromne bratysławskie centra handlowe są licznie odwiedzane przez Austriaków. Jeżeli ktoś jest zawiedziony skromnym asortymentem towarów w sklepach na słowackiej prowincji, może być zaskoczony ilością i ofertą wielkich centrów handlowych w stolicy, gdzie z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.

    Aby już ostatecznie udowodnić nieprawdziwość mitu o „drogiej Słowacji”, proponuję porównać ceny noclegów w dwóch podobnej klasy popularnych dwugwiazdkowych hotelach w Bratysławie (Hotel Plus) i w Krakowie (Hotel Alf). Pokój jedno-, dwu- i trzyosobowy z łazienką w Krakowie kosztuje, odpowiednio: 140, 97.5 i 80 złotych od osoby za noc. Za analogiczny pokój w Bratysławie trzeba zapłacić: 38, 23 i 19 EUR, co przy kursie 4.00 PLN/EUR stanowi: 152, 92 i 76 PLN (źródło: www.hotelalf.pl, www.hotelyplus.sk). „Tani” nocleg (w standardzie hostelu) w obu przypadkach, w Krakowie i Bratysławie, oscyluje wokół podobnej kwoty 50-70 zł. Zbliżone są również krakowskie i bratysławskie ceny posiłków, piwa (w bratysławskim lokalu kosztuje od 1 do 2 EUR, a więc 4-8 zł), czy transportu miejskiego (podstawowy bilet komunikacji miejskiej kosztuje w Bratysławie 50 centów, czyli 2 zł, a godzinny: 70 centów, a więc 2,80 zł).

   Jak widzimy, nie taka Słowacja droga, jak ją malują?. Owszem, bezpowrotnie minęły te czasy, kiedy Polacy kupowali w słowackich knajpach piwo i wódkę na wynos, bo i tak wychodziło to taniej niż w polskim sklepie. Ale też mamy już za sobą okres względnej (z polskiego punktu widzenia) „kryzysowo - eurowej” drożyzny z zimy 2008/2009 roku, która tak zapadła w naszej pamięci. Jaka z tego konkluzja? W przyszłości, wybierając między wypoczynkiem w Polsce czy na Słowacji będziemy się kierować wyłącznie jakością usług i upodobaniami, a nie cenami, które podobnie jak PKB na mieszkańca i średnie wynagrodzenie są w obu krajach niemal na równym poziomie. A ci, którzy podają słowacki przykład jako oręż w krucjacie przeciwko przyjęciu w Polsce euro, powinni znaleźć sobie inne argumenty, bo analiza cen i zarobków w obu krajach mówi sama za siebie.

Jakub Łoginow
Źródło: www.porteuropa.eu
   Autor jest dziennikarzem ekonomicznym, środkowoeuropejskim korespondentem kijowskiego tygodnika „Dzerkało Tyżnia” i redaktorem portalu, gdzie można znaleźć inne artykuły o podobnej tematyce.

Żart...